ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ AŻ…

Opublikowano 27 sierpnia 2015 w kategoriach Artykuły - felietony .

                                               ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ AŻ…           

Ten fragment małżeńskiej przysięgi w istocie swojej (a jest nią deklaracja wierności w najtrudniejszych chwilach) ma zastosowanie także w brydżowym stadełku. Przed  wielu laty zwrócił mi uwagę na to mój ówczesny partner kongresowy Jeremi Stępiński. Jego credo brzmiało: nie należy odchodzić od stołu, kiedy partner rozgrywa trudny kontrakt.

W tym samym kongresie, niedługo potem Jeremi – zostawszy dziadkiem – zapytał mnie czy kontrakt jest trudny? Trochę zgodnie z prawdą, a trochę, aby wyjść partnerowi naprzeciw (Jeremi oczywiście śpieszył się na papierosa), oświadczyłem, że nie i że poradzę sobie swobodnie. Jeremi grzecznie podziękował i oddał się w szpony nałogu. Kiedy wrócił musiałem mieć niewyraźną minę, bo zapytał jak mi poszło. Łgać nie lubię – przyznałem się do skompresowania jednej lewy.

– Ale tylko jednej – bagatelizował Jeremi. Tylko jednej – potwierdził przeciwnik.

– To moja wina – oświadczył Jeremi. Nie powinienem był cię opuszczać.

Skwitowaliśmy to zbiorowym śmiechem, a ja zapamiętałem kolejny przypadek, kiedy należy partnerowi okazywać życzliwość nawet tylko bierną obecnością. Choć nie przesadnie bierną.

Przed laty krakowski działacz brydżowy Jan Paygert opisał pewne wydarzenie brydżowe w artykule pt. „Dżentelmen” („Brydż” 6/68). Strona WE zatrzymała się w mało ambitnym kontrakcie 3 BA:

  W1065

1076

843

W92

 
AKD983

K43

W72

A

  72

A92

A92

K7543

  4

DW85

K965

D1086

 

Rozgrywał zawodnik E po wiście 5-ką. Najpierw był spanikowany faktem niedolicytowania gry premiowej. Za chwilę częściowo odetchnął po nieudanym impasie karo, że uciekł tylko szlemik. Za kolejną chwilę przy zagraniu topów pikowych okazało się, że nie chodził także szlemik. Co gorsze rozprężony dziadek dokładał tak niechlujnie karty, że wsunął damę pik pod blotkę. Nagle ze szlemika zrobiło się 8 lew. Na szczęście dla rozgrywającego nie opuściła go myśl, że przecież miał przed kilkunastoma sekundami jakby za dużo lew i nagle okazało się to nieprawdą. Usiłując zorientować się co się stało, popadł w namysł, w czasie którego zorientował się także przeciwnik na N (nieżyjący już niestety Wiesiu Sarna) i wygrzebał spod blotek pikowych damę, za co właśnie dostał publiczne mianowanie na dżentelmena przez autora artykułu.

Zajmujący pozycję W dziadek nie okazał się w tym przypadku przyjacielem swojego partnera i to on powinien wiać na papierosa.

Ostatni przypadek potwierdzający przykazanie „bądź życzliwym dziadkiem dla swojego partnera” wydarzył się w finale MŚ na Capri w 2003 roku. Żeby było dramatyczniej w ostatnim rozdaniu. Żeby nabrało to rozmiarów tragedii antycznej, decydowało to o wszystkim – czyli tytule mistrza świata. Przed tym ostatnim rozdaniem Włosi prowadzili z Jankesami 11 impami. Ostatnie rozdanie wyglądało tak:

WE po partii, rozdawał W

  2

AW93

KD109865

5

 
W10

542

A7

K107642

  A6543

KD1086

42

A

  KD987

7

W3

DW983

 

W pokoju zamkniętym Włosi na WE dochodzą do beznadziejnych 4 bez kontry i bez czterech za 400 dla Jankesów. W pokoju otwartym dramat goni dramat. Licytacja:

W N E S
nazwisko nazwisko nazwisko nazwisko
Pas 1 2 (1) Ktr
2 3 Pas Pas
3 5(??) Ktr Pas
Pas pas    

1) kolory starsze

Finalną zapowiedź Laurii pozostawiam bez komentarza. Musiał być strasznie zdenerwowany. Także Versace – partner Laurii, który wyraźnie niezadowolony opuścił stolik pozostawiając drobniutkiego Laurię samego przeciwko dwóm masywnym Amerykanom. Soloway na pozycji E wyszedł w asa trefl, a potem usiłował dostać się do partnera by uzyskać przebitkę treflową i zagrał damę kier. Lauria zabił asem, przebił waleta kier w stole, trefla w ręku (domniemywam, że wysoko, choć przy tym układzie nie miało to żadnego znaczenia), kiera w stole i zagrał króla pik. Hamman dołożył waleta, a Soloway po wzięciu asem zagrał w pika???! Ściągnięcie kiera dawało wpadkę bez dwóch i złoto Amerykanom. Zagranie w pika dawało Laurii szansę wywinięcia się bez jednej i dogrywki w meczu!!! Rozgrywający, który musiał sam dokładać karty z dziadka był przygotowany na zagranie w kiera. Sięgnął więc po 7-kę pik (dlaczego nie trefla – za daleko leżały?) sądząc, że dołoży ją do kiera. Kiedy zobaczył co się stało usiłował zmienić zagraną kartę. To już było w świetle przepisów niemożliwe i zarówno sędzia jak i Jury, do którego w przypływie rozpaczy odwołali się Włosi, uznali, że zagrano prawomocnie 7-kę pik. A to oznaczało 12 impów dla Amerykanów i Mistrzostwo Świata.

Winnym uznano Laurię. A ja twierdzę, że winnym był Versace. Jakby siedział przy stole i był tylko nieco bardziej przytomny od dziadka opisanego przez Jana Paygerta, to proces dołożenia karty – polecenie od Laurii, rejestracja polecenia w mózgu Versace, polecenia od mózgu do rąk Versace, zajęłoby wystarczającą ilość czasu, by nie popełnić praktycznie manualnego błędu.

W literaturze brydżowej opisano już manewr pt. gratulacyjny walet. Miał on w założeniu rozblokować partnera w sytuacji stresowej jak najwcześniej. Pozostawanie przy stoliku w trudnych sytuacjach z partnerem może mieć jeszcze większą moc sprawczą.


Ryszard Kiełczewski

About

Zawodnik, trener, działacz, wybitny publicysta brydżowy. Wielokrotnie powoływany na stanowisko trenera-selekcjonera juniorów, pełnił funkcję kapitana reprezentacji Polski Juniorów na Mistrzostwach Europy. Jest pierwszym trenerem w Polsce, który uzyskał pierwszą klasę trenerską (1987).


Komentarze

Dodaj komentarz


Shortlink: