NA ODWROTNY SZTOS

Opublikowano 19 grudnia 2016 w kategoriach Artykuły - felietony .

                                                        NA ODWROTNY  SZTOS

Przed wielu laty wybrałem się do Sławy Śląskiej z panem Mireczkiem R. Człowiek to był pełen fantazji i wyobraźni., czasy były sprzyjające dla takiego stylu gry, więc jego przyjęcie było czymś zupełnie naturalnym i nie budziło takich emocji jakie dziś bez wątpienia by się pojawiły. Były to bowiem czasy, w których  nie wykonanie kilku „zajazdów” w ciągu turnieju praktycznie dyskwalifikowało gracza jako orientującego się w te klocki. Szczególnie barwne były występy par, którym coś się nie udało i grały już na pełne koło.

W jednym z turniejów  znaleźliśmy się z Mireczkiem w sytuacji bez wyjścia. Jajo goniło jajo i bez wątpienia – na tym etapie – jakby powiedział jakiś dawny sekretarz – zajmowaliśmy  pozycję tuż przed napisem  „koniec wyścigu”. Zapadło postanowienie – gramy ostro. Już następne rozdanie dowiodło słuszności takiej taktyki. Dobiegliśmy do kontraktu 6 z kartami:

A1093

AKD1085

A96

D652

W64

W97

KD5

S był nie od macochy i przyłożył nam kontrę.  Oczywiście ostatnie słowo należało do nas – odwinęliśmy. Mirek, podobnie jak ja, był przekonany, że kontrowszczyk posiada opozycję atutową, więc po wiście w kiera powrócił do ręki treflem i zagrał damę pik. S przebił to kierem. W dalszej grze obie strony nie przykładały się do niej szczególnie mocno. Finalnie stanęło 3400, co do dziś jest  moim  niedoścignionym  rekordem (już nie –zaliczyłem w meczu 4600 za 7 BA z rekontrą w 2005 roku).

W kolejnym rozdaniu nieco zszokowani zagraliśmy coś nie w to, co trzeba i kompletnie nie na tej wysokości.

– Wiesz co partnerze – zwrócił się do mnie Mirek, skoro nam nie wychodzi współpraca, zacznijmy licytować solo. Każdy niech zapowiada to, na co ma ochotę.

– A dobrze – zgodziłem się bez sprzeciwu.

Na  kolejnym stole Mirek otworzył 2 . W tamtych czasach oznaczało to bardzo dużą kartę i forsowało do dogranej. Nazywało się to bodajże Acolem. Ponieważ otrzymałem 19 PC mogłem przeprowadzić bilans bezpośredni i zapodałem 7 BA. LHO posiadał na wiście koronkę karową bez króla, za to z bocznym asem, nie omieszkał więc  skontrować. Nie chcieliśmy na jednym turnieju ustanawiać dwóch rekordów życiowych i wstrzymaliśmy się od rekontry. Mirek, który tym rozdaniem torował drogę dla słabszych otwarć 2 , co jak już dziś wiemy, zaowocowało otwarciem 2 Precision, a nawet podlimitowym otwarciem na kolorach starszych, posiadał jakieś 4 PC – o ile sobie dobrze przypominam – więc kontraktu nie udało mi się wygrać. Uzyskaliśmy jednak nieoczekiwanie przewagę psychologiczną nad przeciwnikami, którzy się zablokowali karami. Na chwilę wprawdzie i nie miało to oczywiście żadnego znaczenia, ale za to spowodowało bardzo, ale to bardzo ożywioną dyskusję (eufemistycznie to nazywając) pomiędzy naszymi przeciwnikami. W pewnej chwili jednak zaperzeni panowie widząc nasze pogodne twarze zaprzestali sprzeczki i zapytali nas – a czemu to panowie tak śmiesznie grają?

– Bo inaczej nie umiemy – odpowiedział jak zwykle błyskawicznie Mirek, co rozładowało do reszty napiętą (nie u nas naturalnie) sytuację.

Za chwilę przyszło następne rozdanie, w którym dostałem jedenastolewowego potworka na pikach. Najpierw przejechałem się kilkakroć po wszystkich innych kolorach z wydatną pomocą Mirka, który wprawdzie karty nie miał kompletnie, ale jak już zapewne zdążyliście  Państwo zauważyć, wolę do walki miał ogromną. Gdzieś na wysokości trzeciego piętra udało się nam wreszcie wstrzelić w kolor przeciwnika. Dostaliśmy kontrę. Potem jeszcze na kolejne dwa kolory, których to nie mieliśmy my, za to mieli nasi przeciwnicy. Kiedy wreszcie „w panice” zgłosiłem piki, otrzymałem kolejną kontrę znaną w ówczesnej teorii jako kontra z rozpędu. Po wykryciu dziadka dałem się chwilę nasycić przeciwnikom widokiem bezkarcia, przy którym poprzednia ręka Mirka rzeczywiście mogła przypominać Acola. Kiedy przeciwnicy nacieszyli się nadzieją na kolejnego maksa pokazałem karty.

Mirek nie byłby sobą gdyby nie zapytał – a czemu to panowie tak śmiesznie grają? Panów nie stać jednak było na odpowiedź jakiej udzielił Mirek rozdanie wstecz. Odchodzili od stołu coś sobie zawzięcie tłumacząc, przy czym „sobie” znaczyło dosłownie sobie, a nie partnerowi. Był  to nasz pierwszy maks i pierwszy zremisowany stół w turnieju.

Co się potem działo wie tylko były sędzia – Sławek M., który często był wzywany przez nas do stolika celem uwiarygodnienia uzyskanego przez  nas zapisu. Między innymi było np. takie rozdanie (my przed, oni po):

D53

AKD64

D6

1085

104

W952

K1075

W97

Mireczek z kartą E otworzył na pierwszej ręce 1 . Usprawiedliwieniem tej akcji była chęć wskazania wistu na otwarciu. Mirek intuicyjnie wyczuł, że kartę mają  przeciwnicy  i korzystając z dobrych założeń (my przed, oni po) podjął akcję wyprzedzającą. Przeciwnik z mojej prawej skontrował, a ja oczywiście – pomny nauk Mereditha – natychmiast zająłem piki. Siedzący po mojej lewej pan prokurator surowo skontrował (w tamtych czasach grało się kontrą „na wprost” z powodów praktycznych), a Mirek kontynuował natarcie – pomny zasady, że najlepszą obroną jest atak – za pomocą odzywki 2 . Miał jak na nasz styl gry kolor powtarzalny. Pan z prawej skontrował upewniając partnera, że jego pierwsza kontra nie była blefowa (też powszechnie wtedy stosowane narzędzie). Zapowiedziałem 2 BA, które skontrowane przez LHO i zrekontrowane(!?) przez Mirka stało się wreszcie kontraktem ostatecznym. Po głębokiej analizie LHO wydedukował mój słaby punkt i zaatakował w kiery.

Dziewiątkę ze stołu RHO pokrył starannie 10-ką, a ja zabiłem  asem  i poszedłem wyrabiać powtarzalny kolor Mirka grając damą karo. RHO zupełnie nieksiążkowo zabił i odjechał w skontrowane przez partnera piki jakąś 7-ką. Podłożyłem damę.   LHO starannie przeczytał numerki i …przepuścił*. Teraz ja zacząłem ciągnąć kiery. Kiedy wziąłem szóstą lewę, Mirek oglądający protokół (atmosfera była luźna i koleżeńska, poza tym takie obyczaje w tamtych czasach nie były niczym nadzwyczajnym), zaproponował przerwanie rozgrywki. W protokole bowiem stało ciurkiem 620 dla przeciwnej linii za wygrywane 4 pp. Rozgrzany walką nawet nie zarejestrowałem tego co mówi partner, tylko w bojowym szale zaimpasowałem waleta karo. Impas się udał, a ponieważ LHO odrzucił się od czwartego, czy też piątego (nie pamiętam) waleta, wyrzeźbiłem – jakby to powiedziała Baba Jaga – nadróbkę.

Po kolejnej wizycie sędzia z surową miną  ostrzegł mnie:

– Panie łechotek (sędzia w charakterystyczny sposób wymawiał literę „r”), ja pana w końcu wyrzucę z tułnieju!

W rzeczywistości wyraził się dużo dosadniej, ale nie trudno było dostrzec, że z trudem utrzymuje powagę na obliczu. Udało się nam jednak dograć turniej  do końca i omal nie dogoniliśmy wpisowego, jakby to dzisiaj wyraził jeden z klasyków języka brydżowego.


Ryszard Kiełczewski

About

Zawodnik, trener, działacz, wybitny publicysta brydżowy. Wielokrotnie powoływany na stanowisko trenera-selekcjonera juniorów, pełnił funkcję kapitana reprezentacji Polski Juniorów na Mistrzostwach Europy. Jest pierwszym trenerem w Polsce, który uzyskał pierwszą klasę trenerską (1987).


Komentarze

Dodaj komentarz


Shortlink: