OPOWIEŚCI PRAWDZIWE, CHOĆ UBARWIONE

Opublikowano 26 sierpnia 2017 w kategoriach Artykuły - felietony .

NAJLEPSZY MECZ                             

 

Przy grze w brydża potrzebny jest dobry wzrok.. Nadużywanie wzroku powoduje, że przychodzi czas, kiedy trzeba go wzmocnić okularami. Niektóre wady takie jak krótkowidztwo są jednak wrodzone.

W pewnej drużynie drugoligowej w jednym z sezonów występowała para krótkowidzów. Dioptraż używanych okularów wprawdzie nie był jednakowy u obu graczy, ale był minusowy, co jak się Państwo przekonacie nie będzie bez znaczenia dla dalszych wydarzeń

Para naszych krótkowidzów kończyła mecz przedobiedni. Na nieszczęście przyszło rozdanie, w którym agresywni przeciwnicy wspięli się na niebotyczną wysokość 3-ch karo. Po pracowitej obronie nasi bohaterowie obłożyli ten kontrakt bez dwóch przed partią, czyli postawili sobie setkę jeszcze przed obiadem. Na czym polegało nieszczęście związane z tym rozdaniem? Otóż nasi bohaterowie po krótkiej analizie stwierdzili, że została puszczona jedna lewa i zapis powinien być o całą pięćdziesiątkę głębszy, to znaczy chciałem powiedzieć większy. Dyskusja nad tym, kto tę lewę puścił zajęła naszym bohaterom całą drogę do restauracji, a nawet przy zamawianiu obiadu. Zdezorientowany (a może i nie) kelner słysząc teksty „co to jest głupia setka, należało wziąć 150” -niezwłocznie przyniósł na stół odpowiednie, zgodne z tym co słyszał pojemności. Panowie odruchowo zaliczyli za bez jednej przed partią, czyli po pięćdziesiątce. Chwilowa utrata tchu pozwoliła im przerwać tak miło rozpoczętą dyskusję i zamówić ciąg dalszy, czyli zagrychę w postaci golonki. Kontynuując wymianę poglądów na temat własnych, a ściślej partnera, władz umysłowych, panowie jakoś uporali się z golonką i wrócili do drugiej lewy wpadkowej (na szczęście jak już wiemy przedpartyjnej), a potem do trzeciej. Tu dyskusja osiągnęła swoje apogeum, czego nie wytrzymały już okulary jednego z dyskutantów i walnęły przeciwnika dotkliwie w pięść. Ta ostatnia okazała się jednak dużo twardszym wyrobem i przetrzymała bez szwanku brutalny atak na siebie. Nie wytrzymały natomiast okulary, mimo iż zrobione ze szkła o grubości jak w szybie pancernej.

Powrót z obiadu wymagał współpracy pomiędzy zwaśnionymi partnerami, jako że właściciel niesfornych okularów nie miał sprzętu zastępczego nawet w postaci białej laski. Czy pomoc okazana przez jego partnera była aktem humanitarnym, czy chodziło tylko o „potdierżanije razgawora” – już się nie dowiemy.

Partnerzy w każdym razie szczęśliwie dotarli do miejsca rozgrywek, gdzie ku swej uldze dowiedzieli się, że puszczona lewa kompletnie nie miała wpływu na wynik meczu. Panowie jeszcze dopisali krótki epilog wieńczący ich twórczą dyskusję i trzeba było przystąpić do gry. Tu przypomniano sobie o rozbitych okularach. Na szczęście grano na deskach. W tej sytuacji nasi sympatyczni krótkowidze okazali się prawdziwymi profesjonalistami. Odkryli bowiem, że deska licytacyjna może spełniać znacznie większą ilość funkcji nie tylko licytacyjnych, ale i transportowych. Panowie za jej pomocą przesyłali sobie z jednej strony na drugą jedyną ocalałą parę okularów. Ta wymuszona życiem konieczność współpracy zaowocowała tym, że para rozegrała najlepszy mecz w kotle. Czy puścili jakąś lewę na wiście – nie wiadomo. Chyba raczej nie, bo cisza przy stole panowała jak w kościele przy podniesieniu.

A może chodziło o ostatnią już parę okularów jaką dysponowała para? Tego już nie doszedłem. Nie doszedłem też do tego czyje okulary zostały zbite. Zeznania obu sprawców wydarzeń są bowiem w tej materii diametralnie różne.

WCZASY  RODZINNE                      

W latach kiedy Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatniej, dwa małżeństwa z dużego miasta na ścianie wschodniej wybrały się na wczasy nad Bałtyk do znanego kurortu Sopot. Dodatkową, a może jedyną, atrakcją męskiej części wycieczki był Bałtycki Kongres Brydżowy rozgrywany akurat w tym samym czasie, kiedy zaprzyjaźnione małżeństwa zaplanowały sobie wczasy.

W tej sytuacji dobowy rytm osiągnął pewien stały rytuał. Po śniadaniu wycieczka wsiadała do kolejki podmiejskiej i podążała do stacji Sopot Główny. Za wysiądnięcie na właściwej stacji odpowiedzialne były panie, jako że panowie bywali bardzo, ale to bardzo zajęci opowiadaniem rozegranych poprzedniego dnia rozdań i nie byli w stanie rozróżnić sopockich stacyjek, bo przecież są jeszcze Sopot Kamienny Potok i Sopot Wyścigi, a poza tym są jeszcze inne stacje, które są zbyt gęsto, by je zauważyć i wysiąść na właściwej.

Bywalcy Kongresu Bałtyckiego doskonale zresztą wiedzą jak ciężko jest czasami utrafić właściwy przystanek.

Na wspomnianej właściwej stacji Sopot rozchodziły się ścieżki damsko-męskie. Panie podążały na plażę, jako że pogoda tego roku była, jak nie przymierzając we wrześniu 1939-go, panowie zaś ofiarnie rezygnując z przyswajania promieni ultrafioletowych udawali się na boisko brydżowe.

Z obiadami było różnie, na ogół oddzielnie. Za to przed zachodem słońca obok aren brydżowych pojawiały się coraz bardziej opalone małżonki, by odebrać z tej swoistej przechowalni swoich małżonków.

Panowie nie przerywając dyskusji w stylu „gdybyś zagrał w pika, a nie w karo, to ja mógłbym zagrać w kiera albo trefla i rozgrywający mógłby nie trafić co położyć i zrolowałby…”,dawali się bardzo grzecznie prowadzić na stację, byli wsadzani do pociągu jadącego we właściwą stronę, jak też i nie stawiali oporu by wysiąść na właściwym przystanku. Małżonki przygotowywały kolację, niewiele czasami brakowało, aby zakładały śliniaczki bardzo często zaperzonym w dyskusji małżonkom.

Po kilku dniach bardziej krewka ładniejsza połowa jednego ze stadeł nie wytrzymała:

– Może byście raczyli zauważyć, że jesteście na wczasach rodzinnych ze swoimi małżonkami. Opiekujemy się wami jak dziećmi z przedszkola – karmimy, pierzemy bieliznę, wysadzamy na właściwych przystankach, bez nas pojechalibyście licho wie gdzie i na pewno mielibyście problemy z trafieniem z powrotem. Dość tych dyskusji, porozmawiajcie z nami przynajmniej od czasu do czasu …

Po oczach zdumionych mężczyzn widać było, że z trudem wracają do rzeczywistości. Nagle w oku jednego z nich zajaśniał błysk pełnego zrozumienia:

A o czym mamy z wami rozmawiać? Przecież  wy nie grałyście tych rozdań…


Ryszard Kiełczewski

About

Zawodnik, trener, działacz, wybitny publicysta brydżowy. Wielokrotnie powoływany na stanowisko trenera-selekcjonera juniorów, pełnił funkcję kapitana reprezentacji Polski Juniorów na Mistrzostwach Europy. Jest pierwszym trenerem w Polsce, który uzyskał pierwszą klasę trenerską (1987).


Komentarze

Dodaj komentarz


Shortlink: