Jak zacieśniałem…

Opublikowano 26 maja 2019 w kategoriach Artykuły - felietony .

          JAK ZACIEŚNIAŁEM STOSUNKI POLSKO-NIEMIECKIE

-czyli najbardziej skandaliczna odzywka, jaką dałem w życiu.

W młodych latach życia, człowiek ma więcej fantazji i skłonności do zachowań, które bardziej pasują do scenariuszy filmowych niż do rzeczywistości. W miarę zachodzenia w lata człowiek statecznieje i jego zachowania coraz bardziej przystają do rzeczywistości, niestety coraz bardziej szarej. Podobnie rzecz ma się z wiekiem brydżowym i tu też pewnie sprawdza się uniwersalna reguła, którą kiedyś zasłyszałem w jakimś kabarecie, a która wyrażała się formułą pytania zakończonego konkluzją:

– Dlaczego doświadczenie zdobywamy z wiekiem, tylko najczęściej jest to wieko od trumny?

Od czasu do czasu na dość szerokim styku młodości i starości człowiek zrywa się jak młode źrebię i wierzgając nogami podskoczy sobie jeszcze trochę, choć już nie za wiele. Mnie – jako brydżyście – zdarzyło się to w pierwszej połowie lat 90-tych, w czasie gościnnego pobytu w Niemczech.

Przebywałem tam na zaproszenie znanego w latach 70-tych i 80-tych na terenach południowo-zachodniej Polski zawodnika i sędziego brydżowego Bogusia H. Mieszkający od wielu lat w „Enerfiu”, a potem po prostu w Niemczech, Boguś rozpropagował nad Renem Wspólny Język. Nauczył też tego swoją towarzyszkę ówczesnego życia. Miało to dla mnie – jak się później okazało – pewne konsekwencje – bez których nie powstałaby ta opowieść.

Pani postanowiła bowiem zagrać ze mną w turnieju brydżowym. Na nic zdała się wszelka dyplomacja. Przyjechał tu do mnie „Polnische Meister”, siedzi, śpi, obija się, obżera moimi deserami i innymi smakołykami i robi tylko jedną pożyteczną rzecz – chodzi na spacery z psem dwa razy dziennie, niech poświęci się i zrobi jeszcze jedną pożyteczną rzecz – zagra ze mną w brydża.

– Przecież grywam z tobą w brydża domowego dosyć często – próbowałem stworzyć wrażenie nieco większych zasług niż tylko spacery z „Teddym” – wspaniałym golden retrieverem.

– Domowe brydżyki to nie to samo – ucięła energiczna jak zwykle Karin.

Cóż było robić – Paweł ani pisnął. Poświęciliśmy całe popołudnie na doskonalenie Wspólnego Języka. Choć język niemiecki znam tylko z widzenia, to miałem wrażenie, że radzę sobie z nim lepiej niż z Wujotem w wydaniu zaodrzańskim. Licytację omówiliśmy w każdym razie z typową niemiecką pedanterią i nawet zacząłem mieć nadzieję, że coś z tego będzie, to znaczy jakoś tę średnią uskrobię. Jak widzicie po tych skromnych aspiracjach, to już nie były dla mnie czasy, kiedy to –„młodości, ty nad poziomy wylatuj…”  

Początek turnieju uzmysłowił mi, że w procesie dopinania uzgodnień postawiłem na niewłaściwego konia. Karta nam nie szła, a nawet jak szła, to nie na mnie tylko na partnerkę, którą cieszył każdy zapis na swoją stronę, nawet, jeśli to był tzw. „mały pieniążek”, czyli zapis 170 za częściówkę w kolor młodszy.

Największy dramat był jednak na wiście. Nawet nie próbowałem żadnego motywu lingwistycznego typu „wist – rozmowa w tym samym języku”, licząc na to, że „karta nie świnia”, w końcu się odwróci i zaczniemy rozgrywać, gdzie moja partnerka zupełnie dobrze sobie radziła. O swoich możliwościach w tym zakresie przez skromność nawet nie wspomnę.

Niestety, na kolejnym stole, a był to już stół piąty, otrzymałem znowu rękę, z którą nie wyglądało abyśmy się utrzymali przy grze. Był to najgorszy śmieć, jaki mi w tym turnieju przyszedł:

W432

6

8653

D1063

 

Siedząca po mojej prawej pani w wieku post balzakowskim spasowała wprawdzie, ale staranność układania kart jednoznacznie wskazywała, że pani coś ma. Nie byłem jeszcze w nastroju, by licytować z moją kartą w tych założeniach (obie po partii), chociaż dla podjęcia takiej decyzji nie musiałem zużyć tyle czasu ile moja poprzedniczka.

Pan z lewej otworzył 1 – energicznie zaalertowane przez jego partnerkę i wyjaśnione jako „co najmniej 4 kara”, no i oczy – wiście siła odzywki. Moja partnerka po starannym przyjrzeniu się swojej karcie nie zaskoczyła mnie – zajęła oczywiście kiery. To „zajęła” – jak się wkrótce przekonacie – będzie bardzo trafnym określeniem. Pani z prawej 2, zaalertowane równie energicznie przez pana z lewej i wyjaśnione, że to też co najmniej 4 kara i siła 10-11 PC. Dalszy uzupełniający komentarz „tendenz do gry w młodsze kolory”, przetłumaczyłem sobie jako brak czwórki pików. Moja karta, po pierwszym rzucie oka przestała mnie interesować. Dla zajęcia umysłu jakąś gimnastyką, zacząłem liczyć ile lew puściliśmy w siedmiu, jak do tej pory kontraktach, granych przez przeciwników.

Rachunek wykazywał, że była to liczba pomiędzy 15 a 18. Takie standardowe bez atu. Zagłębiony w uszczegółowieniu tej liczby wyłączyłem się przez chwilę z licytacji. A w tej nie wydarzyło się nic szczególnego. Po prostu pan z lewej zapowiedział 3 BA i nastąpiły dwa pasy. Pozostali gracze już zaczęli zwijać swoje bidding-boxy, kiedy nagle zauważyli, że „Polnische Meister” nad czymś myśli. Spowodowało to, że z szacunkiem zaczęli ponownie rozsuwać – na szczęście niezbyt dużą – liczbę wyłożonych przez siebie odzywek. Znalazłem się w głupiej sytuacji. Przyznać się do tego, nad czym naprawdę myślałem nie wchodziło w rachubę. Rozeźlony nawet na kartę, która nie chciała mi przyjść i będąc pewny, że po wiście kierowym i dalszych niedokładnościach wistowych i tak złapiemy kolejne jajo i tak, wymyśliłem sobie, że przy ujawnionej licytacją przeciwników krótkości w karach, moja partnerka może mi przystawić czterokartowy fit pikowy i przy odrobinie szczęścia wezmę jakieś 8 lew na przebitkach przy niewielkiej karcie partnerki. Poza tym jak mógłbym zniweczyć tyle podwójnej roboty przy ponownym rozsuwaniu bidding-boxów przez całą pozostałą trójkę. Prawie nie wierząc własnym oczom zobaczyłem jak moja ręka wyciąga 4 . Tego to najstarsi Niemcy pewnie nie widzieli. Trzech ludzi mówi, że ma kartę, a czwarty ich przelicytowuje na niebotycznej wysokości. Pan za mną posiadał ni mniej ni więcej tylko 16 PC. Nie sądzę by jego pas był forsujący. Pan po prostu zaniemówił. Jestem pewien, że na taką okoliczność nigdy nie pobierał nauk.

Moja partnerka, choć starająca się o zachowanie „poker face”, była raczej zadowolona z mojej akcji. Tak to przynajmniej odebrałem. Pani po prawej walczyła dość długą chwilę z własnym przerażeniem, w końcu jednak przemogło niemieckie poczucie obowiązku i pani wyciągnęła przynależną, och jak bardzo mi przynależną laskę. Po trzech pasach, które uspokoiły trochę atmosferę, choć nie moje skołatane nerwy, pan z lewej wyciągnął wist kierowy.

W stole partnerka wyłożyła piątego asa z damą…. nie, nie w kierach. W pikach. W kierach miała 5 blotek z bodajże 9-ką. Renons w karach i trzeci as z dziewiątką trefl. Po wykryciu TAKIEGO stołu przeciwnicy poczuli się w obowiązku zapytać, czy 1 nie oznaczało czasem dwukolorówki 5-5 w kolorach starszych? Diabli wiedzą, co jakiś kolejny „Polnische Meister” mógł przywieźć w bagażu.

– Ależ skąd – przecież partner by zaalertował – odparła z oburzeniem moja partnerka, demonstrując typową dla naszych zachodnich sąsiadów żelazną logikę i pryncypialność.

Król pik nie stał wprawdzie w impasie, ale przeciwnicy nie zagrali ani razu w atu i po trafnym rozegraniu trefli (dzieliły się 3-3 z KW u pana) „urabowałem” 10 lew.

Znając już dość dobrze obyczaje brydżystów zza Odry spodziewałem się interwencji sędziego. Brydżyści niemieccy wzywają prawie zawsze sędziego, kiedy czegoś nie rozumieją. Tym razem jednak przeciwnicy widocznie uznali, że sędzia nie pomoże im w zrozumieniu tego, co się stało. Zwrócili się natomiast do mojej partnerki (po niemiecku), by ta spytała mnie (po angielsku) jak doszedłem do wniosku, że dostanę tak wspaniałego dziadka. Nie wiem, co po podwójnym tłumaczeniu (najpierw przeze mnie z polskiego na nasze, to jest chciałem powiedzieć na angielskie, potem przez Karin z angielskie na niemieckie) dotarło do moich przeciwników, ale entuzjastyczne „danke Meister”, przekonało mnie, że nie pogorszyłem stosunków polsko-niemieckich na tyle, by przeszkodziło to nam wejść tam gdzie Niemcy są od początku. Jak to wpłynie na naszą grę w brydża to już inna sprawa.

A wynik tego rozdania był dla nas najlepszym zapisem w tym turnieju.


Ryszard Kiełczewski

About

Zawodnik, trener, działacz, wybitny publicysta brydżowy. Wielokrotnie powoływany na stanowisko trenera-selekcjonera juniorów, pełnił funkcję kapitana reprezentacji Polski Juniorów na Mistrzostwach Europy. Jest pierwszym trenerem w Polsce, który uzyskał pierwszą klasę trenerską (1987).


Komentarze

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Shortlink: