Moje indywiduele…

Opublikowano 28 maja 2020 w kategoriach Artykuły - felietony .

MOJE INDYWIDUELE

Mój debiut w turniejach indywiduelowych był pełen ciekawości i entuzjazmu. Początkowe niepowodzenia kładłem na karb braku doświadczenia oraz niezbędnych umiejętności. By je likwidować, oddawałem się ciągłym lekturom, wśród których jak złota recepta pojawił się artykuł (Brydż 2/1967 – „Czy tylko loteria?”), w którym zaserwowano kilka rad jak grać w indywiduela. Autor – Krzysztof Waśniewski – charakteryzując zdobywców trzech medalowych miejsc (H. Niedźwiecki, K. Wągrodzki i K. Jędrzejowski) tak ich opisał:

„Zawodnicy ci:

  1. Nie oznajmiali partnerom, gdy ci nie stanęli na wysokości zadania, że taka gra „w głowie się nie mieści”. Wiedzieli, że tego rodzaju przemówienia mogą jedynie przynieść w efekcie dalsze straty;
  2. Zapoznawali się z systemem partnerów i grali nim. Nie narzucali partnerom swoich sekwencji licytacyjnych;
  3. Nie wychodzili z założenia, że nie ma się co bawić w wylicytowywanie kontraktów, lecz że trzeba natychmiast, gdy jest trochę oczek, wrzucać końcówkę (może wyjdzie?). Licytowali rozważnie, spokojnie;
  4. Wiedzieli, kiedy należy wziąć rozgrywkę na siebie i potrafili to umiejętnie realizować;
  5. Nie załamywali się wpadkami, lecz z uśmiechem na ustach przystępowali do następnych rozdań;
  6. Nie poddawali się opinii, że turniej indywidualny to tylko loteria. Wiedzieli, że nie tylko szczęście zadecyduje o ostatecznych rezultatach;”

Natychmiast też starałem się zdobytą wiedzę wcielać w czyn na kolejnych zawodach indywiduelowych. Poprawy wyników nie szło dostrzec nawet przez szkło powiększające, a osiągnięcie średniej przyjmowałem bez mała jak zwycięstwo. Pozytywną cechą ówczesnych indywidueli było nawiązywanie partnerskich stosunków (tylko bez zbyt daleko idących dociekań proszę) z przygodnymi zawodnikami, z którymi udawało się zwycięsko zreferować jakieś rozdanie. Były to bowiem czasy, kiedy na długie kongresy brydżowe przyjeżdżało się znacznie częściej solo niż w parach i tworzenie kolejnych stadełek na jeden turniej było nagminne. Przykładowo kiedyś pan, z którym miałem za chwilę rozegrać jedno rozdanie, korzystając z dodatkowego czasu (na obu stołach nastąpił wczesny fajrant) uzgodnił ze mną licytację po Acolu (!). Wymogłem na nim, że na pozytywną odpowiedź wystarczy piąty mariasz i boczny król. W tamtych czasach było to nadzwyczaj rewolucyjne ustalenie. Pan niezbyt chętnie przyjął propozycję. Przyniosło to nam natychmiast maksa dzielonego na baardzo nielicznych udziałowców po prostej licytacji 2 – 3 – 7 BA. Partner posiadając czwartego AW w karach, komplet asów i dwa króle miał proste liczenie do 13-tu. Ponieważ „karów” przyszło mi 6, zrobiliśmy „nadróbkę”. Oczywiście pan natychmiast zaproponował mi partnerstwo w jakimś najbliższym turnieju, co zostało przyjęte. Turnieju wprawdzie nie wygraliśmy (za mało Acoli nam przychodziło), ale wzajemna sympatia pozostała i później jeszcze kilka razy próbowaliśmy gry ze sobą.

W pewnej chwili (był to rok 1976) postanowiłem, że w indywiduele grywał nie będę. Stało się to po tym, jak nie udało mi się z przygodnym partnerem, z którym uzgodniłem naturalne zasady wistu i zrzutek (to było jedyne, co uzgadniałem wówczas z partnerami indywiduelowymi), obłożyć kontraktu 3 BA, mając kolor AKD54 do 9872, przy podziale u przeciwników tego koloru 2-2. Kontrakt był grany z rekontrą. Kiedy pociągnąłem asa i króla – mój chwilowy partner dołożył „naturalnie” swoje blotki w kolejności 2-7. Ochotę na odblokowanie wykazał dopiero wtedy, kiedy została mu 9-ka z 8-ką. Z pośpiechem, świadczącym, że zakumał, o co biega, pozbył się 9-ki w trzeciej lewie koloru.

Ten 76 rok był jednak znamienny dla mojej dalszej kariery niezawodowego brydżysty. Pojechałem bowiem na pierwszy wakacyjny kongres roku do Sławy z nie byle jakim partnerem, bo z Tadeuszem Gałązką – niedoszłym reprezentantem Polski na drużynowe ME w Dublinie. Tadzio w tamtych czasach to był taki Uwe Masztalerz (człowiek, którego wszyscy znali, nawet bardziej niż…papieża, ciekawym opowiem jak to było). I z Tadziem przyszło mi zagrać kongres w Sławie rozpoczynający wakacyjny maraton brydżowy.  Za dnia spełniałem obowiązki partnerskie wobec Tadzia, w godzinach zaś nocnych i wczesnoporannych obowiązki te zamieniały się na towarzyskie. Tadziu wprowadził mnie we wszystkie środowiska geograficzne brydżowego bractwa (Tadzia znali wszyscy, a Tadziu wszystkich, ja byłem później tylko jego marną kopią).

Nasz rytuał dobowy wyglądał mniej więcej tak: ja urywałem się około godziny 4-5 rano do łóżka, a Tadziu wracał dwie godziny później, by opowiedzieć mi „jedno rozdanie”.

Któregoś jednakowoż wieczoroporanka postanowiłem pójść spać nieco później (czy może raczej wcześniej?), jako że następnego dnia po śniadaniu grany miał być indywiduel, w którym to już miałem nie zagrać nigdy w życiu. Tegoż poranka złożyłem swoje członki do łóżka około siódmej. O ósmej wrócił Tadzio, żeby opowiedzieć mi „jedno rozdanie”.

Kiedy dowiedział się o moim zamiarze zbojkotowania indywiduela wpadł w święte oburzenie.

– Jak to – nie chcesz grać w takim ciekawym turnieju? Nie ma mowy.

Wierzcie lub nie, 50 kilo Tadzia przekonało moje 75 kilo. By uniknąć męczących rozmów na temat systemu, sporządziłem pisemnie na pozostałych z kartek żywieniowych odcinkach (a były z eleganckiego kredowego papieru!) krótkie dyspozycje dla przygodnych partnerów. Brzmiały one z grubsza tak:

– Nie Wspólny Język, a wspólny interes łączy partnerów

– Otwarcie od 1 do 7 BA – siła i skład dowolny

– Wistujemy pierwszą z lewej

– Dobra kontra nie jest zła

Całość była zwieńczona propozycją korupcyjną:

– Premia za maksa 0,25 g.

To ostatnie wynikało z faktu zakupu lekarstwa wzmacniającego, zawartego w kształtnej piersiówce z dozownikiem o takiej właśnie gramaturze.

Przed rozpoczęciem gry, techniką, jak przy rozdawaniu kart, przydzielałem każdemu przy stole te złote dyrektywy aż do wyczerpania. Łącznie miałem ich 14 – tyle ile dni trwał ówczesny turnus w Sławie.

Już w pierwszym rozdaniu zdobyłem jędrnego maksa. Otrzymałem bowiem kartę mniej więcej taką:

AW108

AW107

AW109

4

Przeciwnik po prawej otworzył 1 BA (16-18). Przez chwilę w mojej niewyspanej głowie zakołatała myśl – skontrować (tak się wtedy grało) i równie szybko zgasła. Ten po lewej uruchomił jakieś pytanie 2. Ten z prawej zgłosił 2. Znowu błysnęła i zgasła myśl o skontrowaniu. Believe or not, powtórzyło się to jeszcze w przypadku pozostałych moich najmocniejszych kolorów. Od powtarzania się motywów zapadłem w lekką drzemkę, którą przerwali pozostali współzawodnicy, każąc mi licytować. Po wypytaniu, co się gra, zaryzykowałem wreszcie kontrę. Ryzyko było umiarkowane – przeciwny zatrzymali się bowiem dopiero na szczeblu 6 BA. Swoją rolę odegrała tu niejednoznaczna odpowiedź na asy. Mimo, że byli przed partią zainkasowałem razem z partnerem „metr-sto”. Oczywiście premię za maksa wypłaciłem sobie (partner nie poczuwał się do żadnych zasług, chociaż przystopował wraże trefle bodajże piątym waletem z 10-ką).

Kolejne stoły tylko nieznacznie obniżały mój wynik startowy (a wiecie jak szybko się taki wynik obniża). Wydarzenia na kolejnych stołach przekraczały wszelkie wyobrażenia. Przykładowo mieliśmy kolor taki: Axx do Dxx i mimo iż dama była w impasie, wzięliśmy nań dwie lewy i to w bardzo spektakularny sposób. Mianowicie partner wyszedł spod asa (też częste zagranie tamtych czasów), a ja na trzeciej ręce z bojowym komentarzem – „trzecia ręka płacze, a bije” – dołożyłem damę i ona, ta dama, wzięła. Sprawa częściowo się wydała, kiedy w dalszej grze (ale nie natychmiast w drugiej lewie) ja podegrałem ten kolor. Rozgrywający wpadł w namysł i położył króla. Kiedy mój partner trzepnął to asem, rozgrywający w niemym zdumieniu wykrzyknął – przecież as już poszedł!

Na jednym wszakże stole moja, tak dobrze rozwijająca się kariera indywidualisty, omal się nie zakończyła. Moim partnerem został na nim Zbigniew Szurig – ksywa „Rebe”. Po przeczytaniu otrzymanego materiału informacyjnego zaczął się rozglądać po sali, wyraźnie w poszukiwaniu sędziego. Na moje szczęście nie było nikogo takiego w zasięgu wzroku i pan Zbyszek z dość wyraźnym obrzydzeniem przystąpił do gry. Po pierwszym rozdaniu, gdzie udało mi się przy robocie wistowej nie puścić żadnej lewki, a wręcz przeciwnie, coś wykuglowałem jakimś nietypowym zagraniem (czy ja, w tamtym turnieju, mogłem grać typowo??), „Rebe” zaczął mi się przyglądać uważniej. Drugie rozdanie było już nasze i tym razem znowu w licytacji nie okazałem się profanem i ponownie zanotowaliśmy „huge result”. Pan Zbyszek odchodząc od stołu bacznie mnie obserwował, zastanawiając się zapewne, w którym miejscu gram swój bajer.

Gdzieś tak na 4 rundy (8 rozdań) przed końcem zacząłem robić rachunek sumienia i wyszło mi na to, że ja jeszcze w tym turnieju nie przegrałem rozdania. Mało tego miałem mnóstwo soczystych zapisów. I wtedy postanowiłem „trzymać wynik”. Ta strategia okazała się całkiem słuszna i po złapaniu 7 jaj i jednej średniej stoczyłem się tylko na 18 miejsce na prawie pół tysiąca współzawodników.

Kiedy później dzieliłem się wrażeniami z turnieju z moim cicerone Tadziem, ten otworzył mi oczy.

– Bo ty chłopie, jak poprzednio siadałeś do stołu najeżony jak jeżozwierz, molestowałeś ludzi jakimiś ustaleniami, to od razu tworzyłeś wokół siebie aurę niechęci i wszyscy podejrzewali cię, że dobrze idziesz. A takich się najchętniej zatapia. Dzisiaj zaś wyglądałeś na zmęczonego i niewyspanego i nikt ci kłód pod nogi nie chciał rzucać. I miałeś tak grać do końca, to byś wygrał.

Nie wszystko może w tej przemowie przystawało w 100% do realiów, ale faktem jest, że od tej pory chyba nie zdarzyło mi się przyjść w indy poniżej średniej. A kilka dużych i znaczących wygrałem. Ale o tym w dalszych częściach…

Indy Barbórkowy mój…

Pod koniec lat 70-tych, z inicjatywy Henia Grządziela, zaczął funkcjonować tzw. „totolotek indywiduelowy”. Polegał on na tym, że tworzyła się dodatkowa lista ochotników gotowych trzymać boka po 1 gierkowskim złociaku od różnicy w miejscach. Zwycięzca z tej listy był jedynym beneficjentem, jeśli nie liczyć organizatora, który za swój trud sporządzania listy, a potem kasowania funduszy, pobierał 10% zebranej kasy. Wszystko oczywiście było nielegalne, jako, że w tamtym ustroju takie przedsięwzięcia były prawnie niedozwolone, ale kto by się czymś takim przejmował. W każdym razie był to niewątpliwy wkład środowiska brydżowego w demontaż socjalizmu. Z czasem na dodatkową listę zapisywali się prawie wszyscy i zwycięzcą „boka” mógł być tylko ktoś, kto wygrał całego indywiduela. Zebrana kasa przewyższała wysokość pozostałych nagród, w niektórych przypadkach (w krótszych imprezach) razem wziętych. Jednym ze zwycięzców takiego indy został znany wszystkim Janusz Mikke – obecnie jeszcze Korwin, który wygrywając w Sopocie zgarnął prawie 20 tysięcy ówczesnych złociszów, co stanowiło wartość około 8 ówczesnych średnich pensji. Być może te pieniądze pozwoliły mu na komfort działalności politycznej, która wyrwała tego arcyoryginalnego człowieka z naszych, brydżowych szeregów, choć nie do końca.

W każdym razie pozytywnym efektem „boka”, było to, że ci, którzy zapisali się na listę, walczyli do końca bez względu na wynik, chcąc zaoszczędzić na wydatkach. Jednym z tych, którzy najgorzej wyszli na boku, był pewien kielczanin, człowiek zamożny (a jak zamożny, to i skąpy), który w wieczór poprzedzający indywiduela przyszedł z błagalną prośbą do Henia Grządziela, by wykreślić go z listy, bo czeka go ciężki wieczór i na pewno na drugi dzień nie będzie w formie. Prośbie stało się zadość.

Na drugi dzień wszyscy śmiali się z kielczanina o nazwisku jednego z królów polskich, za którego według przysłowia wyginęła szlachta. Przybiegł bowiem na metę jako pierwszy, co w zestawieniu z moim doświadczeniem opisanym wcześniej określa dokładnie metody BPS (bezpośredniego przygotowania startowego) do indywiduela. Dzięki temu kasę załowił mój partner nr 1 z mojej listy, co oznaczało również zmniejszenie moich sławskich wydatków.

Moja standardowa stawka, jaką przez ileś indywidueli wpłacałem dla beneficjenta, kręciła się w okolicach 30-40 złotych, co oznaczało wyniki z turnieju w granicach 55%.

Wreszcie przyszła kolej i na mnie. W czasie Kongresu Barbórkowego za partnera służył mi późniejszy przewodniczący Regionu Śląskiego NSZZ „Solidarność” – Leszek Waliszewski, który wchodził wtedy w środowisko brydżowe. Z braku większych perspektyw na przyjście w kasie w turniejach par, musiałem wygrać indywiduela. I w dużej mierze zawdzięczam to własnej trafnej grze. Przykładowo popełniłem otwarcie Wilkoszem z ręką AW109x w pikach w składzie pozostałym równym. Z lewej kontra, partner 2 , z prawej kontra, ja 2 , z lewej 3 , partner 3, z prawej 4

Zgrzałem to (??!!!) i za chwilę wpisywaliśmy na czystą burtę górala prostego. Cała reszta broniła pikami za 300 korzystając z korzystnych założeń.

I jeszcze jedno rozdanie, jakie pozostało mi w pamięci. Przed spotkaniem ze starszą, pomarszczoną jak śliweczka panią, o bardzo miłej twarzy, zasięgnąłem języka jak pani gra.

– Uczciwie – brzmiała informacja. Licytuje to, co ma jeden raz.

Tym razem moje otwarcie było znacznie mniej krzywe – otworzyłem 1 BA mając drugie króle w starszych, cztery kara z AD i piątego asa trefl. Z lewej kontra (też oznaczająca otwarcie 1 BA), moja miła staruszka 2 (naturalne, żadne tam teksasy). Kiedy z prawej padł pas zalicytowałem 2 BA nie chcąc dopuścić do zgłoszenia starszego koloru, który niewątpliwie musiał być w posiadaniu LHO. To też zostało zgrzane i po wiście do jednego z moich starszych króli miałem 8 lew z góry, jako że moja partnerka wystawiła mi szóstego króla karo i mimo jakiegoś singla nie uciekała już dalej, tak jak robiło to wielu innych mniej pomarszczonych (na korze mózgowej oczywiście) graczy. Po odrobinę niedokładnej obronie nadrobiłem na wpustce – zupełnie niepotrzebnie, ale bez ryzyka. Najniższe zapisy wynosiły 170 dla strony przeciwnej.

Powrót z Kongresu zafundowałem sobie taksówką prosto do pracy w poniedziałek z Bytomia do Bierunia Nowego.

Puławy – czyli czujność od początku do końca

Na mityng brydżowy do Puław w 1978 roku wybrałem się prosto z pracy, którą kończyłem późnym wieczorem, prowadząc szkolne koło sportowe. Koledzy wyjechali wcześniejszym pociągiem. Ja dotarłem około pierwszej w nocy. Kolegów w pokoju nie było. Uruchomione receptory słuchu pozwoliły umiejscowić pokój, gdzie zebrało się liczne grono, w tym moi koledzy z drużyny. Ja byłem wprawdzie umówiony do gry ze Zbyszkiem Chomiczem Barą i w drużynie Sygnału Lublin, do którego byłem przymierzany na nowy sezon, ale chciałem dopilnować, by koledzy z drużyny poszli w miarę szybko spać. Za parę godzin rano był indywiduel, który zamierzałem odpuścić po nieprzespanej należycie nocy. To ostatnie udało mi się w pełni i już około 5 rano zasnąłem twardym snem. Wprawdzie nie było pod ręką Tadzia Gałązki, ale nowi, przyszli koledzy, wyciągnęli mnie z łóżka uświadamiając mnie, że przewóz zawodników odbywa się z hotelu na miejsce rozgrywek autobusem i jak się nie załapię, to będę miał kłopoty, bo taksówek pod ręką nie ma, a odległość była spora. Padły jeszcze inne argumenty, ale ich nie pamiętam. Tak więc po raz drugi wylądowałem przy stoliku indywiduelowym wbrew własnej woli. W drugim rozdaniu kończącym pierwszą rundę otrzymałem dwa czerwone króle z 10-kami – kierowy szósty i karowy czwarty. Partner otworzył 1 BA, a ja zalicytowałem transfer na kiery. Partner przyjął go miękko, a ja – będąc bez śniadania i nie mając nadmiaru zaufania do umiejętności rozgrywkowych chwilowego partnera, zadowoliłem się tym mało ambitnym kontraktem. Przed odejściem do bufetu rzuciłem okiem na rękę partnera i niezadowoleniem stwierdziłem, że posiada on AD w moich kolorach (w kierach sec) i pokrywa jedną z moich czarnych przegrywających kart. Zdążyłem jeszcze kątem oka dostrzec czwartego waleta kier u jednego z przeciwników i pocieszając się, że może część sali wpadnie na 4 kier, biegiem udałem się do bufetu, gdzie w szturmowym tempie spożyłem jakiś substytut śniadania.  Uczyniłem to na tyle szybko, że zdążyłem jeszcze powrócić do stołu, by z niedowierzaniem dowiedzieć się, że mój partner zrolował dwa kier bez jednej. Ocena jego umiejętności rozgrywkowych okazała się więc trafna. Nie mogłem jednak uwierzyć w tą przegraną, choć wszyscy trzej mnie o tym zapewniali. Nie bacząc na to, że moje towarzystwo już zmieniło miejsca, doprowadziłem do konfrontacji wszystkich trzech wraz z sędzią i lewa po lewie doszliśmy do prostego wyniku – swoje 8 lew, chociaż mój partner skompresował jedną lewę, bo 9 było sztywne.

I tej operacji dokonał człowiek, który dniówkę skończył po 12 godzinach pracy, 5 godzinach podróży i prawie 4 godzinach układania partnerów do snu, oraz dwóch godzinach w objęciach Morfeusza. Wydarzenie natchnęło mnie taką mocą, że zapomniałem o niedostatkach wypoczynku, a kolejne wygrane rozdania uzbroiły mnie jak imperialistę z Bonn i walczyłem jak lew w każdym kolejnym rozdaniu. Kibicujący mnie Jarek Świderski – nieskory do pochwał, jeśli dotyczyły kogoś innego niż on sam – podsumował moją grę, po obserwacji kilku rund, takim komplementem, że nie mógłbym go bez rumieńca zacytować, pozwolicie więc Państwo, że go pominę.

A jedno rozdanie zagrane w obecności Jarka pamiętam dość dobrze. Po pasie z prawej otworzyło mi się 1 BA z ręką:

D865

4

AKD6

KD103

Partner zasztajmanił i po mojej odpowiedzi 2 golnął końcówkę skontrowaną przez RHO. Wist poszedł w trefla, RHO pobrał asem i podegrał kara. Dziadek wyglądał tak:

K1072

KW63

W73

W2

Pobrałem asem i zagrałem w kiera. N położył blotkę, więc mój król wziął lewę (kontrujący nie mógł mieć trzech asów i pewnego po kontrze waleta pik skoro zaczynał od pasa). Teraz wykonałem operację w pikach, gdzie LHO miał singlową 9-kę i finalnie nadrobiłem, tam gdzie wszyscy bez kontry wpadali bez dwóch.

Turniej wygrałem wyprzedzając o 0,09% późniejszego giganta polskiego i światowego brydża – Jacka Pszczołę.

Słupsk – czyli przerwany sen królowej labiryntu…

W debiucie na Festiwalu w Słupsku okazałem się najlepszym zawodnikiem w turnieju indywidualnym. Zająłem wprawdzie dopiero 3 miejsce, ale dwa wyższe przed mną zajęły zawodniczki – Wilga Zakrzewska i Maja Romanowska z Łotwy. Rok później już jednak wygrałem absolutnie i zwycięstwo to zapowiedziałem w obecności dwóch brydżystów gdańskich, z których niestety jeden już nie żyje, ale drugi zaświadczyć o tym może.

W trakcie wygranego turnieju zdarzył mi się unikalny przypadek. Rozgrywający zagrywał ze stołu kolor, którego nie posiadała już żadna inna ręka. Mój partner przebił, rozgrywający podbił, a ja nadbiłem! Z mojej ręki bowiem miałem bezwzględnie lepsze zagranie niż mógł tego dokonać mój partner. Rozdanie to zachwyciło Krzyśka Jassema, który użył go w relacji ze Słupska.

Kiedy – między innymi – dzięki temu wynikowi znalazłem się w gronie kandydatów do wygrywania głównej nagrody, szczęście mnie opuściło. W następnym roku w indywiduelu słupskim, grając w zestawieniu z kilkoma arcymistrzami, z trudem uciągnąłem niecałe 20% z tych rozdań, co zeszpeciło cały wynik do rozmiarów ledwie przekraczających 50%.

Tak się składa, że ostatni raz w indywiduela grałem dość dawno temu (w Sopocie), tak więc mój występ w UTOPI będzie swego rodzaju come backiem. Zawsze traktowałem występ w indy, jako próbę charakteru i odporności psychicznej. Mam nadzieję, że tym razem będzie to kawałek miłej i sympatycznej zabawy, która być może odrodzi tę ciekawą konkurencję, a wraz nią, upadającego w tempie lawiny brydża, jako wspaniałej rozrywki dla milionów.

Gra z „Mistrzem”

Jeszcze jedna anegdotka oparta na faktach: W jednym indywiduelu w Sopocie przed laty zabrakło jednego człowieka do skompletowania stołu. Jest to nieszczęście w porównaniu do turnieju par, gdzie brak jednej pary nie stanowi problemu. Akurat na sali gier przebywał jeden z wspomagających oficjeli z władz miejskich. Organizatorzy namówili go, by wziął udział w turnieju. Pan – prywatnie dyrektor dużego przedsiębiorstwa (dzisiaj mówi się firma) – podszedł do sprawy poważnie. Poprosił jednego z organizatorów, by krótko scharakteryzował mu zawodników, z którymi będzie grał w kontekście ich siły gry. Uzyskane informacje pan skrzętnie zapisywał w podręcznym notesiku. Jednym z jego przyszłych partnerów miał zostać gracz obdarzony ksywą “Mistrz”. Kiedy obaj panowie się spotkali “Mistrz” otworzył 1, a pan dyrektor golnął mu 4 z ręką, z którą miał podniesienie do dwóch. “Mistrz” spocił się solidnie przy rozgrywce, ale więcej jak 8 lew nie można było wziąć. Dorodne 200 ozdobiło czystą burtę.

– Panie – zwrócił się z wyrzutem “Mistrz”, ma pan podniesienie do dwóch, czemu pan licytuje 4?

Pan sięgnął do swojego notesika – chwileczkę odparł – mam tu pana określonego jako “mistrz”, więc pomyślałem, że pan sobie poradzi z wygraniem…


Ryszard Kiełczewski

About

Zawodnik, trener, działacz, wybitny publicysta brydżowy. Wielokrotnie powoływany na stanowisko trenera-selekcjonera juniorów, pełnił funkcję kapitana reprezentacji Polski Juniorów na Mistrzostwach Europy. Jest pierwszym trenerem w Polsce, który uzyskał pierwszą klasę trenerską (1987).


Komentarze

  • Avatar
    nazwa
    12.06.2020 17:23:21

    kto popełnił ten tekst?

    • ryskiel
      ryskiel
      29.06.2020 01:38:17

      ja osobiście

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.


Shortlink: